Rozdział 6. Niedziela pachniała kawą
Następnego ranka obudziłam się z wrażeniem, że muzyka wciąż gra mi w głowie. Nie ta konkretna piosenka, bo nie znałam nawet jej tytułu. Raczej echo całego wieczoru: głosy ludzi, bas, który czułam pod stopami, światła przesuwające się po suficie. Leżałam chwilę bez ruchu i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy wróciłyśmy do hotelu. Chyba po północy. Gosia opowiadała jeszcze wtedy o zdjęciach, a Zoha dwa razy kazała jej mówić ciszej, po czym sama zaczęła opowiadać, jak Gustav grał na perkusji.
- Nie mówiłam, że grał dobrze - poprawiała się za każdym razem.
- Nikt cię o to nie pytał - odpowiedziała Gosia.
- To dobrze.
Teraz w pokoju panowała cisza, przerywana tylko szumem samochodów za oknem. Zoha spała na boku z ręką pod poduszką. Małgosia już nie. Jej łóżko było puste, a drzwi do łazienki lekko uchylone. Z wnętrza dochodziło nucenie, które urwało się, gdy zapukałam.
- Gosia, wszystko okej?
- Tak. Szukam aparatu.
- Masz go na stoliku. - zapadła cisza.
- Aha. To szukam czegoś innego.
Usiadłam na łóżku i przetarłam oczy. W głowie zaczęła mi się układać lista rzeczy do zrobienia. Zbiórka, warsztaty, sprawdzenie sali, znalezienie pani Anety, przypomnienie Gosi o śniadaniu. Zatrzymałam się dopiero przy ostatnim punkcie. Gosia była już duża. Mogła pamiętać o własnym śniadaniu. Wstałam i poszłam do łazienki.
- Masz dzisiaj plan? - zapytałam.
- Mam. Najpierw śniadanie, potem warsztaty, potem zbiórka, potem może zdążymy zobaczyć Warszawę.
- „Może” zależy od tego, jak długo będziesz szukać rzeczy, które masz na wierzchu.
- Nie będę już niczego szukać.
- To dobrze.
- Ale jak znajdę coś ciekawego, to mogę?
- Zobaczymy - nie umiałam powstrzymać uśmiechu.
Kiedy zeszłyśmy do hotelowej restauracji, Zoha już siedziała przy stoliku z kubkiem herbaty. Wyglądała, jakby wstała tylko dlatego, że ktoś obiecał jej święty spokój po śniadaniu.
- Jak się czujesz? - spytałam.
- Jakbym wczoraj przez dwie godziny stała obok głośnika.
- Stałaś.
- No właśnie.
Gosia usiadła obok niej i położyła aparat na stoliku.
- Mam zdjęcie Billa.
- Jedno? - zdziwiła się Zoha.
- Dużo. Ale jedno jest takie, że patrzy prosto w obiektyw.
- Czyli prawdopodobnie patrzy w tłum.
- Nie psuj mi tego.
- Ja tylko mówię, jak jest.
- Zoha, możesz chociaż chwilę udawać, że jesteś szczęśliwa?
- Jestem szczęśliwa. Po prostu nie okazuję tego przez robienie wystawy ze zdjęć.
- Jeszcze się okaże, że masz całą kartę pamięci pełną Gustava - powiedziałam.
- Nie mam.
- Nikt nie mówił, że masz.
Zoha przewróciła oczami, ale się uśmiechnęła.
Śniadanie było lepsze niż wczoraj. Przynajmniej bułki nie smakowały jak tekturowe pudełka, co Zoha uznała za dobry znak na resztę dnia. Kiedy wróciłyśmy do pokoju po kurtki, zerknęłam przez okno. Warszawa wyglądała na obojętną wobec naszego koncertu. Samochody jeździły, ludzie szli do pracy, a światło odbijało się od mokrego chodnika. Jakby wczoraj wieczorem nic wielkiego się nie wydarzyło.
A jednak coś się wydarzyło. Nie umiałam jeszcze powiedzieć co.
***
W sali warsztatowej było jasno i duszno. Organizatorzy ustawili kilka stołów, na których leżały farby, kartki, kolorowe taśmy i pudełka z materiałami. Na jednej ze ścian wisiały zdjęcia z poprzednich spotkań. Roześmiane twarze, krzywo przyklejone dekoracje, ktoś z papierową koroną na głowie. Widać było, że nikt nie próbował robić z tego idealnych fotografii.
Pani Aneta wręczyła nam identyfikatory i wyjaśniła, gdzie możemy się przydać. Ja miałam pomóc przy stanowisku z kartkami, Zoha przy rozdawaniu materiałów, a Gosia mogła dołączyć do warsztatów teatralnych. Nikt nie oczekiwał od niej, że będzie tylko stała z boku. To jej się spodobało.
- Mogę wymyślić temat? - spytała prowadzącą.
- Jasne. Tylko taki, żeby każdy mógł wziąć udział po swojemu.
Gosia zastanowiła się przez moment.
- To może: „Co chciałabym zabrać ze sobą do hotelu”?
- Podoba mi się - prowadząca uśmiechnęła się.
Gosia od razu zaczęła układać kartki i przygotowywać kredki, jakby od dawna czekała właśnie na to zadanie. Przy moim stole usiadła dziewczynka w czerwonym swetrze. Miała może dziesięć lat i od razu sięgnęła po niebieski flamaster.
- Chcesz, żebym coś podsunęła? - spytałam.
Pokręciła głową.
- Dobra. To jestem obok, jakbyś czegoś potrzebowała.
Zaczęła rysować. Nie pytałam, co przedstawia obrazek ani dlaczego wybrała akurat niebieski. Po chwili sama odsunęła kartkę w moją stronę. Narysowała wielką walizkę, która zajmowała prawie cały papier, a z jej środka wystawały gwiazdy.
- Fajna podróż - powiedziałam.
- Do kosmosu.
- To co zabierasz?
- Kota.
- Gdzie on jest? - Spojrzałam na walizkę. Nie było w niej kota.
Dziewczynka wskazała na małą kropkę obok walizki.
- Jeszcze się pakuje.
Zaśmiałam się. Ona też. W takich chwilach łatwo było zapomnieć, że wolontariat miał swój plan, listę zadań i godzinę zakończenia. Człowiek mógł po prostu siedzieć przy stole, patrzeć, jak ktoś rysuje kota wybierającego się w kosmos, i nie próbować zamieniać tego w nic większego.
Przy sąsiednim stanowisku Zoha rozdzielała materiały. Robiła to szybko i sprawnie, ale kiedy ktoś próbował zabrać wszystkie brokatowe naklejki naraz, odsunęła pudełko.
- Jedna garść na osobę.
- Ale ja potrzebuję więcej.
- To wróć po następnej rundzie.
- A jak nie będzie?
- To będziemy negocjować.
Mężczyzna, który prowadził warsztaty, parsknął śmiechem.
- Z nią się nie negocjuje - powiedział.
- Można. Tylko trzeba mieć dobre argumenty - odparła Zoha.
- Mam jeden. Jestem ładny.
- To nie argument.
Podniosłam wzrok znad kartek. Zoha stała naprzeciwko Gustava. Miała lekko zaróżowione policzki, ale mówiła swoim zwykłym tonem. Gustav uśmiechnął się, jakby spodobała mu się odpowiedź.
- A gdybym potrzebował brokatowych naklejek?
- Wtedy musiałbyś poczekać na swoją kolej.
- Surowe zasady.
- Dzięki temu jest sprawiedliwie.
- Rozumiem. - Przez sekundę wyglądało, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale ktoś zawołał go od strony korytarza. Skinął głową do Zohy i odszedł.
- Widziałam - szepnęłam, kiedy podeszła do mojego stolika.
- Co?
- Negocjacje.
- Nic się nie wydarzyło.
- Nie powiedziałam, że coś się wydarzyło.
- Ale chciałaś.
- Trochę.
Zoha poprawiła pudełko z kredkami, chociaż stało prosto.
- Podaj mi taśmę.
Podałam jej, nie drążąc tematu.
Przez resztę poranka zajmowałam się tym, co akurat było do zrobienia. Pomagałam znaleźć nożyczki, zbierałam ścinki papieru, zapisywałam nazwiska osób, które chciały wziąć udział w zbiórce. Kilka razy łapałam się na tym, że już wstawałam, żeby zrobić coś za kogoś, zanim ta osoba zdążyła poprosić. Za każdym razem zatrzymywałam się na sekundę. Czasem ktoś naprawdę potrzebował pomocy. Czasem wystarczyło spytać.
Kiedy z jednej strony sali dobiegł głośniejszy śmiech, odwróciłam głowę. Tom rozmawiał z organizatorem przy wejściu. Miał na sobie zwykłą ciemną bluzę, bez gitary, bez świateł i całej tej scenicznej pewności. Przez moment wyglądał po prostu jak chłopak, który nie wie, czy powinien wejść do środka, czy poczekać na zaproszenie.
Georg stał obok niego i trzymał kubek z herbatą. Kiedy zobaczył mnie, uniósł go lekko w geście powitania. Odpowiedziałam tym samym.
Nie miałam czasu podejść. Dziewczynka w czerwonym swetrze właśnie skończyła rysować kota i chciała znaleźć dla niego odpowiednią planetę.
- Ta jest za mała - oznajmiła, pokazując mi żółty papierowy okrąg.
- Może kot woli małe planety.
- Nie. On jest duży.
- To trzeba znaleźć większą.
Kiedy odwróciłam się z powrotem, Tom i Georg weszli już do sali. Nie przyszli sami. Za nimi pojawili się Bill i Gustav, a kilka osób od razu ruszyło w ich stronę. Organizator poprosił, żeby dali chłopakom chwilę na przejście, ale nikt nie słuchał. Ludzie ustawiali się do zdjęć i wyciągali aparaty. Na moment poczułam ten sam ścisk, co wczoraj przy korytarzu. Tyle że teraz nie chodziło o przejście. Wszyscy chcieli być bliżej nich. Ja też mogłam podejść. Mogłam poprosić o zdjęcie. Przecież nie było w tym nic złego. Ale nie miałam ochoty przeciskać się przez ludzi tylko po to, żeby stać obok kogoś, kogo znałam głównie z plakatu.
- Luna? - Pani Aneta podała mi plik ulotek. - Możesz położyć je na stole przy wejściu? Są o zajęciach i o zbiórce.
- Jasne. - Oczywiście, że mogłam.
Przeniosłam ulotki i wróciłam do stolika. Kiedy odwróciłam się z powrotem, Bill rozmawiał z Gosią. Małgosia trzymała aparat obiema rękami i mówiła coś z taką energią, że Bill nachylał się, żeby ją usłyszeć. Potem wskazał na jej identyfikator, a ona wyjaśniła mu, że wczoraj występowała na scenie. Gosia nie wyglądała na onieśmieloną. Była sobą, tylko może jeszcze bardziej. Tom przystanął obok stolika, przy którym układaliśmy kartki. Spojrzał na rysunek kosmicznej walizki.
- To twoje?
- Nie. Jej. - Wskazałam dziewczynkę w czerwonym swetrze.
Tom pochylił się trochę, ale nie dotknął kartki.
- Niezły plan. Kot, walizka i kosmos.
- Kot jeszcze się pakuje - wyjaśniła dziewczynka.
- Ważne, żeby niczego nie zapomniał.
- On nie zapomina, to mądry kot.
- To dobrze. Ja czasem zapominam.
- Ty jesteś tym od gitary? - Dziewczynka popatrzyła na niego uważnie, jakby nie była pewna, czy żartuje.
- Tak.
- A umiesz zagrać dla kota?
Tom spojrzał na mnie, ale to ona zadała pytanie, więc nie odpowiedziałam za nią.
- Mogę spróbować - powiedział.
- To zagraj coś wesołego.
- Jak będę miał gitarę.
- To ją weź.
- Dobra. Zobaczę, co da się zrobić. - Tom roześmiał się i skinął jej głową.
Odszedł w stronę organizatora. Dziewczynka wróciła do rysowania, jakby właśnie nie poprosiła gitarzysty Tokio Hotel o koncert dla kota lecącego w kosmos.
- On naprawdę jest od gitary? - spytała.
- Naprawdę.
- To fajnie.
- Też tak pomyślałam.
Później usłyszałam kilka dźwięków dobiegających zza drzwi. Ktoś na chwilę przyniósł gitarę i Tom zagrał krótki, prosty motyw. Nie była to piosenka zespołu, raczej kilka wesołych dźwięków, które brzmiały tak, jakby mogły pasować do podróży w kosmos. Dziewczynka zachichotała.
- Kot już może lecieć - oznajmiła.
- To dobrze - powiedział Tom. - Szerokiej drogi.
Pomyślałam, że to było miłe. Nie wielkie ani szczególnie romantyczne. Po prostu miłe. A może właśnie takie rzeczy zapamiętuje się najdłużej. Kiedy warsztaty zaczęły dobiegać końca, pani Aneta poprosiła nas o pomoc przy zbiórce. Zoha podliczała kupony, Małgosia pokazywała komuś zdjęcia z występu, a ja składałam ulotki i odkładałam materiały do pudeł. Tom i Georg rozmawiali z organizatorami przy wyjściu. Bill robił zdjęcia z kilkoma uczestnikami, a Gustav stał nieopodal i słuchał, jak jeden z chłopaków opowiada mu o swoich zajęciach muzycznych. Cała czwórka była przez chwilę po prostu częścią tego miejsca. Nie tylko zespołem na plakacie. Nie samym koncertem. Chłopakami, którzy przyszli, posłuchali, porozmawiali, zrobili zdjęcie, zagrali kilka dźwięków dla czyjegoś kota. To było dziwnie bardziej prawdziwe niż widok ich na scenie.
- Luna, masz chwilę? - Pani Aneta podeszła do mnie z cienką teczką. - Dostałam to od organizatorów. Fundacja współpracuje z niemiecką grupą młodzieżową. Myślą o wymianie i wspólnych warsztatach. Na razie to tylko wstępna propozycja, ale poprosili, żebym zabrała materiały do domu.
Spojrzałam na teczkę. Na okładce widniał wydrukowany napis: „Spotkajmy się po drugiej stronie granicy”.
- W Niemczech? - spytałam.
- Tak. Nie wiadomo jeszcze, czy coś z tego wyjdzie. Musielibyśmy ustalić terminy, opiekunów, pieniądze. Całą masę rzeczy.
Całą masę rzeczy. Zwykle te słowa sprawiały, że od razu zaczynałam szukać powodów, dla których lepiej się nie wychylać. Tym razem zerknęłam na dziewczynkę w czerwonym swetrze, która właśnie pokazywała komuś swój rysunek. Na Zohę, która udawała, że nie widzi, jak Gustav na pożegnanie machnął do niej ręką. Na Gosię, która już opowiadała komuś o tym, że chciałaby kiedyś zobaczyć prawdziwy teatr w Berlinie.
- Brzmi ciekawie - powiedziałam.
- Tylko ciekawie? - Pani Aneta spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem.
- Na razie nie chcę obiecywać.
- Wystarczy.
Wzięłam teczkę i położyłam ją na stoliku, obok ulotek. Na okładce niemieckie słowa wyglądały obco, ale już nie aż tak bardzo jak wcześniej. Kiedy wychodziłyśmy z sali, odwróciłam się jeszcze na moment. Tom stał przy drzwiach i rozmawiał z Georgiem. Georg zauważył, że patrzę, i skinął mi głową. Tom poszedł za jego wzrokiem.
Nie uśmiechnął się. Ja też nie.
A jednak przez krótką chwilę miałam wrażenie, że ten weekend dopiero się zaczyna.
Komentarze
Prześlij komentarz