Rozdział 1. Jeszcze niczego nie obiecałam
Białystok, luty 2010
Drzwi do sali znowu się zacinały. Pchnęłam je biodrem, przytrzymując pod brodą karton z kubkami. Torba zsunęła mi się z ramienia i zawisła na łokciu. Jeszcze chwila i wszystko wylądowałoby na podłodze.
Ze środka dobiegł pisk mikrofonu.
- Raz, dwa. Luna, spóźniłaś się.
Małgosia stała przy głośniku, wyprostowana i wyraźnie zadowolona z tego, że słyszą ją również ludzie na korytarzu. Kabel wił się wokół jej butów. Na parapecie Bartek rozplątywał pozostałe przewody, co chwilę spoglądając w jej stronę.
- Trzy minuty - odpowiedziałam.
- Siedem - poprawiła Zoha.
Siedziała przy stole w rozpiętej bluzie, z jedną nogą podwiniętą pod siebie. Przed nią leżały nożyczki, rolka taśmy i kilka nierówno przyciętych kartek. Nawet nie spojrzała na zegarek. Pewnie sprawdziła godzinę, kiedy tylko usłyszała moje kroki.
- Ale Gosia zaczęła bez ciebie kontrolę obecności, więc spokojnie, sytuacja opanowana.
Chciałam odpowiedzieć coś równie błyskotliwego, ale karton przechylił się niebezpiecznie i musiałam ratować kubki kolanem. W sali było za ciepło. Szyby zaparowały od środka, a na kaloryferze ktoś suszył rękawiczki. Z kuchni dochodził zapach tostów, lekko przypalonych, dokładnie takich, jakie zawsze wychodziły w naszym opiekaczu. Przy drugim stole Karolina pochylała się nad kawałkiem kartonu. Z odtwarzacza płynęła piosenka zagłuszana szuraniem krzeseł. Poczułam, jak powoli puszcza napięcie, z którym biegłam tutaj z przystanku. Znałam te głosy. Wiedziałam, gdzie odstawić torbę i w której szafce szukać herbaty. Mogłam wejść spóźniona, z czerwonym nosem i włosami przyklejonymi do błyszczyka, a jedyną osobą, która miała mi to wypominać, była moja siostra.
Z nią jakoś sobie poradzę.
- Gdzie to postawić?
Pani Aneta wychyliła się z kantorka. Miała telefon przy uchu, a we włosach ołówek, którego później zapewne miałyśmy szukać we wszystkie cztery.
- W kuchni. Luna, dobrze, że jesteś. Mogłabyś jeszcze sprawdzić listę na sobotę?
- Jasne.
- I zadzwonić do tych dwóch osób, które nie potwierdziły?
- Tak.
- A potem…
Zoha uniosła głowę. Pani Aneta zerknęła na mnie, potem na karton i torbę, z którymi nadal stałam przy drzwiach.
- Potem zjedz coś. Zostawiłam wam kanapki.
- Już jadłam - odpowiedziałam odruchowo.
Siostra spojrzała na wystającą z mojej torby drożdżówkę, nadal szczelnie zawiniętą w folię. Nie odezwała się. To było gorsze.
Przeszłam do kuchni i postawiłam kubki obok czajnika. Dopiero tam udało mi się zdjąć kurtkę. Szalik zahaczył o suwak, włosy weszły mi do ust i przez moment miałam ochotę po prostu usiąść na podłodze. Od rana byłam w szkole, potem pobiegłam po zakupy na zajęcia, a w autobusie przypomniałam sobie, że nie odpisałam na wiadomość dotyczącą sobotniej zbiórki. Im bardziej próbowałam nadążyć, tym więcej rzeczy sobie przypominałam.
Z sali dobiegł śmiech Małgosi. Przygładziłam włosy wilgotnymi dłońmi i wróciłam do reszty. Karolina malowała tabliczkę z napisem „PRÓBA”. Na końcu dorysowała trzy wykrzykniki. Na jej palcu wskazującym zasychała zielona farba, którą co jakiś czas bezskutecznie próbowała zetrzeć o chusteczkę.
- Ładne - powiedziałam. - Pomóc ci przy literach?
Spojrzała na napis, a potem na mnie.
- Krzywe są?
- Nie, tylko pytam.
- To zostaw, sama skończę. Ale możesz otworzyć okno? Tu się zaraz udusimy.
- Jasne.
Podeszłam do parapetu, uważając, żeby nie nadepnąć na kabel. Za szybą śnieg przy krawężniku zdążył już zmienić się w szarą breję. Samochód przejechał przez kałużę, ochlapując słupek przystanku. Pomyślałam o moich mokrych skarpetkach.
Uchyliłam okno. Chłodne powietrze od razu dotknęło rozgrzanej twarzy.
- Czarną farbę też możesz mi podać - dodała Karolina.
Wzięłam słoiczek z szafki i postawiłam obok jej łokcia.
- Czyli jednak awansowałam.
- Na razie okres próbny.
Usiadłam obok niej. Przez kilka minut podawałam jej kolejne kawałki taśmy, a ona przyklejała do kartonu wycięte wcześniej gwiazdki. Nie musiałyśmy rozmawiać. Z drugiego końca sali dobiegał głos Zohy, która usiłowała przekonać Bartka, że mikrofon powinien być trochę ciszej. Małgosia miała na ten temat odmienne zdanie.
***
Próby zaczynały się zwykle później, niż planowaliśmy. Zawsze komuś ginął tekst, ktoś szukał odpowiedniego krzesła albo przypominał sobie, że musi pilnie skorzystać z toalety. Dzisiaj najwięcej czasu zajęło ustalenie, kto zabrał niebieską teczkę. Znalazła się pod laptopem pani Anety.
- Wiedziałam, że ktoś ją tu położył - powiedziała koordynatorka.
Zoha popatrzyła na mnie ponad jej ramieniem. Zagryzłam policzek od środka. Ustawiłyśmy krzesła w dwóch rzędach. Małgosia miała przećwiczyć zapowiedź występu grupy teatralnej. W domu powtarzała ją od rana, również przez drzwi łazienki, kiedy myłam zęby. Teraz stanęła przed nami, spojrzała na kartkę i oddała ją pani Anecie.
- Umiem.
- Wierzę. Ale zostawię ją tutaj, gdybyś potrzebowała.
Małgosia odsunęła włosy od twarzy i sprawdziła, czy mikrofon jest włączony. Czekała, aż wszyscy na nią popatrzą. Ja na jej miejscu zaczęłabym mówić jak najszybciej, byle tylko mieć to za sobą.
- Dobry wieczór państwu! Witamy na naszym wspaniałym…
- Gosia, mieliśmy zacząć od nazwy przedstawienia - przypomniałam.
- Wiem.
- Bo potem Bartek włącza muzykę i…
- Luna, ja mówię.
Zamknęłam usta. Kilka osób się uśmiechnęło. Poczułam gorąco na policzkach, chociaż wiedziałam, że nikt nie zamierza się ze mnie śmiać. Chciałam tylko pomóc. Rano Gosia sama prosiła, żebym jej przypominała, a teraz patrzyła na mnie tak, jakbym specjalnie próbowała zepsuć jej występ. Zoha trąciła mój but swoim.
- Dobrze - powiedziałam. - Mów.
Małgosia poprawiła bluzkę, chwyciła mikrofon obiema rękami i zaczęła jeszcze raz. Tym razem nie podpowiadałam. Nawet kiedy zrobiła pauzę tak długą, że zdążyłam w myślach wyrecytować całe następne zdanie.
Spojrzała w sufit. Przełożyła mikrofon do drugiej ręki.
Czekałam.
W końcu przypomniała sobie tekst i dokończyła zapowiedź. Bartek włączył muzykę we właściwym momencie. Wszystko się zgadzało. Na końcu ukłoniła się nisko.
- A teraz brawa.
- Skromność po mamusi - mruknęła Zoha, klaszcząc.
- Ty też możesz klaskać głośniej - odpowiedziała jej Małgosia.
Klasnęłam tak mocno, że aż zapiekły mnie dłonie. Gosia spojrzała na mnie i uśmiechnęła się szeroko. Najwyraźniej nasza sprzeczka już dla niej nie istniała. Zazdrościłam jej czasem tego, jak szybko potrafiła wrócić do dobrego humoru.
***
Po próbie sala wyglądała, jakby ktoś próbował zorganizować w niej przeprowadzkę. Krzesła stały pod różnymi kątami, na podłodze leżała porzucona korona z tektury, a okruchy znalazły się nawet na parapecie. Bartek szukał czapki. Karolina tłumaczyła pani Anecie, dlaczego nazwanie spektaklu „Podróż ku marzeniom” powinno być zabronione.
- To brzmi jak konkurs w telewizji śniadaniowej.
- Tytuł jest roboczy.
- To dobrze. Niech jeszcze popracuje.
Roześmiałam się i zapisałam na liście potwierdzenie kolejnej osoby. Miałam przed sobą telefon, trzy kartki i długopis, który pisał tylko wtedy, kiedy mocno przyciskałam go do papieru. Za każdym razem zostawiałam ślady na następnej stronie. Obok mojej dłoni pojawił się talerzyk.
- Jedz - powiedziała Zoha.
- Zaraz. Muszę skończyć listę.
- Lista nie ucieknie.
- Ale zaraz mam zadzwonić…
Przytrzymała kartkę dwoma palcami. Na paznokciu miała odpryśnięty czarny lakier.
- Przez pięć minut nikt od ciebie niczego nie potrzebuje.
Chciałam powiedzieć, żeby przestała mnie pilnować. Była ode mnie młodsza o dwa lata i czasami zdecydowanie za dobrze bawiła się w roli starszej siostry. Zamiast tego ugryzłam kanapkę. Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo byłam głodna. Zoha puściła kartkę i usiadła obok.
- Masz klej na rękawie - zauważyłam.
Obejrzała bluzę.
- Zajebiście.
- Spierze się.
- To samo mówiłaś o farbie.
Na mankiecie nadal miała niebieską plamę z naszych poprzednich zajęć. Wyciągnęłam rękę i odwróciłam materiał.
- Możesz zrobić drugą. Będzie wyglądało na specjalnie.
- Zaraz tobie zrobię.
Odsunęłam talerzyk, zanim zdążyła sięgnąć po leżący przy nas pędzel. Pani Aneta wyszła z kantorka z otwartym laptopem. Postawiła go na wolnym kawałku stołu i rozejrzała się po sali.
- Zanim się rozejdziecie, mam propozycję.
Małgosia od razu przysunęła krzesło.
- Wycieczka?
- Trochę wycieczka. Pamiętacie fundację z Warszawy, z którą robiliśmy jesienne warsztaty? Organizują teraz wydarzenie muzyczne. Koncert, występy grup, zbiórka charytatywna. Chcą nas zaprosić z przedstawieniem.
Odłożyłam kanapkę. Jesienne warsztaty pamiętałam doskonale, zwłaszcza dziewczynę z organizacji, która potrafiła w ciągu dziesięciu minut znaleźć brakujący transport, zamówić obiad dla trzydziestu osób i jeszcze odebrać trzy telefony. Przez cały dzień chodziłam za nią z notesem, starając się niczego nie pomylić.
- Do Warszawy? - zapytała Małgosia.
- Tak.
- Z noclegiem?
- Z dwoma.
- Jadę.
Powiedziała to z takim przekonaniem, jakby autobus już czekał pod budynkiem. Sięgnęła po swoją torbę i zaczęła w niej szukać zeszytu.
- Najpierw muszę ustalić kilka rzeczy - zastrzegła pani Aneta. - Potrzebuję też dwóch osób do pomocy przy przygotowaniach na miejscu. Kogoś, kto zna grupę i potrafi się dogadać z organizatorami. Pomyślałam o was.
Spojrzała na mnie i Zohę. Poczułam krótkie, przyjemne ukłucie dumy. Zaraz potem przypomniałam sobie wszystkie rzeczy, które mogłyby pójść źle. W Białymstoku wiedziałam, kogo zapytać o klucze, do kogo zadzwonić i jak uspokoić Gosię, kiedy ktoś bez pytania przestawiał jej rzeczy. W Warszawie miałabym chodzić po obcym budynku i udawać, że wiem, co robię. A jeśli ktoś założy, że skoro przyjechałam pomagać, to na pewno znam się na sprzęcie? Albo każe mi coś powiedzieć do mikrofonu?
- Kiedy? - zapytałam.
Pani Aneta podała termin. Sięgnęłam po telefon i sprawdziłam kalendarz, chociaż dobrze wiedziałam, że nie mam nic zaplanowanego poza dyżurem przy zbiórce.
- Musiałabym sprawdzić.
- Jasne. Dajcie mi znać do poniedziałku. Dyżury na miejscu poukładamy, jeśli pojedziecie. Zoha, od ciebie potrzebuję zgody mamy. Noclegi i transport są po stronie organizatorów, jedziemy razem. To będzie sporo pracy, uprzedzam.
- Damy radę - odpowiedziała siostra.
Szturchnęłam ją kolanem.
- Ja jeszcze niczego…
- Nie powiedziałam, że jedziemy. Powiedziałam, że damy radę. Jest różnica.
Pani Aneta obróciła laptop w naszą stronę. Na ekranie widniał projekt plakatu. Kilka logotypów, robocza data, nazwiska, których nie znałam. Niżej umieszczono zdjęcie czterech chłopaków. Jeden miał ciemny makijaż i włosy, które musiały wymagać osobnego planu dnia.
Małgosia poderwała się z krzesła.
- Tokio Hotel!
Zoha zastygła z dłonią w paczce paluszków. Przyjrzałam się fotografii. Kojarzyłam te twarze z telewizji i gazetek, które siostry zostawiały w domu. Kiedyś Gosia pokazywała mi teledysk, ale pamiętałam głównie wodę i to, że nie pozwoliła mi nic powiedzieć, dopóki się nie skończył.
- To ten od tego deszczu?
Obie odwróciły się do mnie.
- Co? - zapytałam.
- Nic - powiedziała Zoha. - Po prostu czasem trudno uwierzyć, że wychowałyśmy się w jednym domu.
- Znam ich przecież. Tego kojarzę.
Wskazałam chłopaka z makijażem.
- Billa - podpowiedziała Małgosia.
- Właśnie. Billa.
Gosia wyciągnęła palec w kierunku ekranu.
- A tu jest Tom, jego brat bliźniak. A to Georg i Gustav.
Przesunęła dłoń za szybko. Zdążyłam zapamiętać tylko, że brat miał czapkę, a jeden z pozostałych dłuższe włosy. Skinęłam głową, licząc na to, że nie będzie sprawdzianu.
- Wystąpią gościnnie - wyjaśniła pani Aneta. - Szczegółowego programu jeszcze nie mam. I zanim zaczniecie: to nie oznacza, że będziemy spędzać czas z zespołem.
- Oczywiście - powiedziała Zoha dziwnie poważnym tonem.
Odwróciłam się do niej. Wpatrywała się w plakat, przygryzając wnętrze policzka. Znałam tę minę. Robiła ją, kiedy bardzo chciała się uśmiechnąć i z jakiegoś powodu uważała, że nie powinna.
- Który?
- Co który?
- Który ci się podoba?
- Możesz się zachowywać normalnie?
Małgosia nachyliła się nad laptopem.
- Gustav. Ten w okularach.
- Dzięki, Gosia - mruknęła Zoha.
- Proszę.
Uśmiechnęłam się do kanapki. Zoha kopnęła mnie pod stołem, tym razem zdecydowanie za mocno.
***
Kiedy wychodziłyśmy, na dworze było już ciemno. Zatrzymałam się na schodach, żeby naciągnąć rękawiczki na palce. Z uchylonych drzwi dobiegł jeszcze głos pani Anety, która przypominała komuś o pozostawionej czapce. Przez cały dzień prawie nie zauważałam pogody. Teraz mróz szczypał mnie w policzki, a mokre skarpetki nagle zrobiły się lodowate. Zoha ruszyła w stronę przystanku, chowając brodę w kołnierzu. Małgosia szła obok niej i opowiadała, którą płytę zabierze do podpisania.
- Przecież nie wiesz, czy będzie można - zauważyłam.
- To wezmę na wszelki wypadek.
- Tylko żeby się nie zgubiła.
- Będę pilnować.
Chciałam jeszcze przypomnieć o etui, ale ugryzłam się w język. Gosia miała już w głowie cały wyjazd. Nie zamierzałam psuć jej go, zanim w ogóle wrócimy do domu. Na przystanku nie było ławki, tylko metalowa poręcz, o którą nikt rozsądny nie chciałby się teraz opierać. Zoha stanęła za szybą wiaty, osłaniając się przed wiatrem.
- Ale wiesz, że ty też będziesz musiała coś robić? - zapytałam.
- Nie, Luna. Myślałam, że jadę leżeć na fortepianie.
Parsknęłam śmiechem. Małgosia od razu chciała wiedzieć, kto będzie grał.
***
W autobusie Gosia zajęła miejsce przy oknie i wyciągnęła zeszyt. Na stronie z pozaginanym rogiem zaczęła zapisywać rzeczy do zabrania. Aparat. Płyta. Ubranie na występ. Przez chwilę zastanawiała się z długopisem przy ustach.
- W hotelu będzie śniadanie?
- Jeszcze nawet nie wiemy, gdzie śpimy - powiedziałam.
- To zapytaj.
- Gosia…
- No co? Chcę wiedzieć.
Przez szybę przesuwały się rozmazane światła sklepów. Autobus pachniał mokrymi kurtkami i ciepłym kurzem z nawiewu. Oparłam torbę na kolanach, wsuwając pod nią zmarznięte dłonie. Zoha siedziała obok mnie, patrząc w telefon. Ekran rozświetlał jej twarz przy każdym naciśnięciu klawisza. Zastanawiałam się, czy już komuś napisała.
- Nie możesz odpowiadać za mnie - powiedziałam ciszej.
Podniosła wzrok.
- Znowu to?
- Bo ty od razu: damy radę, pojedziemy, zrobimy. A ja potrzebuję pomyśleć.
- To myśl.
- Ale bez przewracania oczami.
Przez chwilę słychać było tylko silnik i szelest przewracanej przez Gosię kartki.
- Chcesz jechać? - zapytała w końcu Zoha.
Popatrzyłam na mokre ślady butów na podłodze.
Chciałam. Bardzo. Chciałam zobaczyć coś nowego, pomóc przy prawdziwym koncercie, wrócić z historią, którą można opowiadać komuś przez pół nocy. Podobało mi się też, że pani Aneta pomyślała właśnie o nas. Że nie musiałam sama pytać, czy mogę się do czegoś przydać. Tylko już wyobrażałam sobie wielką salę pełną obcych ludzi. Ktoś zadawał mi proste pytanie, a ja zapominałam wszystkich słów, również po polsku. Potem wszyscy żałowali, że mnie zabrali, a ja przez następne pięć lat przypominałam sobie tę scenę przed zaśnięciem.
- Chyba tak.
- To powiedz Anecie, że chcesz. Resztę ustalicie.
- Łatwo ci mówić.
Zoha schowała telefon do kieszeni.
- Wcale nie. Po prostu ty potrafisz zamienić weekend w Warszawie w wyprawę, z której połowa załogi nie wraca.
Parsknęłam śmiechem, chociaż nie chciałam dawać jej tej satysfakcji. Autobus zahamował przed światłami. Przytrzymałam torbę, która zaczęła zsuwać się z kolan. Zoha oparła głowę o szybę. Może rzeczywiście przesadzałam. Przecież nie miałyśmy jechać same, a w razie problemu mogłam zapytać. Inni ludzie robili to bez wcześniejszego przepraszania, że zajmują komuś czas.
Małgosia odwróciła się od okna.
- A ja powiem Gustavowi, że Zoha go lubi.
- Spróbuj - odpowiedziała natychmiast Zoha.
- To kup mi colę.
Spojrzałyśmy na nią jednocześnie. Małgosia uśmiechnęła się szeroko i wróciła do swojej listy. Poczekałam, aż Zoha przestanie jej tłumaczyć, dlaczego nie wolno szantażować własnej siostry. Potem wyciągnęłam telefon. Otworzyłam nową wiadomość do pani Anety.
„Chciałabym pojechać”.
Kursor migał za ostatnią literą. Mogłam dopisać, że jeśli znajdzie kogoś bardziej doświadczonego, to oczywiście zrozumiem. Albo że jeszcze porozmawiam z mamą. Dać sobie trochę czasu, żeby w razie czego się wycofać. Przeczytałam wiadomość jeszcze raz. Zoha nachyliła się lekko, ale tym razem nie skomentowała. Czekała. Nacisnęłam „wyślij”. Potwierdzenie pojawiło się prawie od razu. Schowałam telefon do kieszeni, zanim zdążyłam zacząć się zastanawiać, czy nie zabrzmiałam zbyt oschle.
- Napisałam - powiedziałam.
Zoha uśmiechnęła się pod nosem.
- No. To teraz możesz się martwić, co spakować.
Za oknem mignął nasz przystanek.
Zerwałyśmy się wszystkie trzy.
Komentarze
Prześlij komentarz