Rozdział 4. Nie patrz tak na niego
Obudziłam się, zanim zadzwonił budzik.
Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Pokój był jeszcze szary od porannego światła, za oknem szumiały samochody, a gdzieś w łazience kapała woda. Potem usłyszałam ciche chrapnięcie Zohy i przypomniałam sobie: Warszawa, hotel, koncert, Tokio Hotel.
I Tom.
Przewróciłam się na drugi bok, jakbym mogła w ten sposób wyrzucić go sobie z głowy. Nie miałam pojęcia, po co w ogóle o nim myślałam. Zamieniłam z nim może dziesięć zdań. Większość dotyczyła skrzyni, która stała na drodze do rampy. To nie była rozmowa, którą powinno się rozpamiętywać.
- Luna - mruknęła Zoha spod kołdry. - Przestań się wiercić.
- Nie wiercę się.
- Materac się trzęsie.
- Może hotel jest przy ruchliwej ulicy.
- Jasne. A ja mam przez sen czkawkę.
Gosia siedziała już na łóżku, całkiem ubrana. Włosy miała związane, aparat leżał obok niej, a na kolanach trzymała zeszyt z listą.
- Jest szósta czterdzieści. Śniadanie jest do dziewiątej - oznajmiła.
Zoha naciągnęła kołdrę na głowę, nie chcąc wstawać.
- To zdążymy.
- A potem mamy próbę.
- Też zdążymy.
- A później koncert.
- Gosia, zdążymy na wszystko, daj mi spać.
- Nie wiadomo. Jak będziemy tak długo siedzieć…
- Dobra - przerwała Zoha i wstała. - Idziemy. Zanim Małgosia zrobi nam plan dnia z godzinami na oddychanie.
Przy śniadaniu szybko okazało się, że bułki są suche. Zoha zjadła dwie.
- Nie patrz tak na mnie - powiedziała, kiedy złapałam ją na tym, że próbuje nie parsknąć śmiechem. - Jestem głodna.
- Przecież oficjalnie odmawiałaś udziału w wydarzeniu przez suche bułki.
- Oficjalnie zmieniłam zdanie.
Małgosia wzięła jajko, parówki, boczek i sok, a potem przez pięć minut opowiadała, że w teatrze w Warszawie na pewno podają lepsze śniadania.
- Może kiedyś sprawdzimy - powiedziałam.
- Kiedy?
- Nie wiem, Gosia. Kiedyś.
- To zapytaj panią Anetę, czy możemy pójść.
- Dzisiaj mamy występ.
- Wiem.
- I wolontariat.
- Wiem.
- I próbę.
- Luna - powiedziała Zoha, mieszając herbatę. - Ona wie. Nie musi wszystkiego wykreślać z listy, żeby pamiętać.
Przełknęłam odpowiedź, która od razu przyszła mi do głowy. Zoha miała ten irytujący talent do mówienia rzeczy, które były jednocześnie prawdziwe i niewygodne.
***
W sali wszystko wyglądało inaczej niż poprzedniego wieczoru. Zasłony były rozsunięte, krzesła ustawione w równych rzędach, a scena tonęła w białym świetle reflektorów. Zniknęły skrzynie i plątanina kabli, choć nie na długo. Obsługa techniczna znów coś przesuwała, poprawiała, sprawdzała. W powietrzu unosił się zapach kurzu, kabli i kawy. Gdzieś z boku ktoś stroił gitarę. Dźwięki wpadały jeden na drugi, urywały się nagle i zaczynały od początku. Całe miejsce przypominało wielką maszynę, która jeszcze nie ruszyła, ale już drżała od środka.
Pani Aneta rozdała nam plan dnia. Miałam pomagać przy przygotowaniu sali i sprawdzać, czy uczestnicy wiedzą, gdzie iść. Zoha miała pilnować garderoby i wspierać Gosię przed występem. Gosia podobno sama najlepiej wiedziała, czego potrzebuje, więc pani Aneta dała jej przestrzeń do rozgrzewki.
- Luna, pomożesz Karolinie sprawdzić przejście od garderoby na scenę? - poprosiła pani Aneta. - Wczoraj zdążyliśmy przesunąć krzesła, ale chcę się upewnić, że wszystko działa.
- Jasne.
Znalazłam Karolinę przy wejściu do sali. Miała na sobie czarną bluzę z naszytym srebrnym księżycem i minę osoby, która już zdążyła zauważyć trzy rzeczy do poprawienia.
- Mam sprawdzić przejście z tobą - powiedziałam.
- Dobra.
Zawahałam się.
- Chcesz, żebym coś przesunęła?
Karolina przyjrzała mi się uważnie.
- Na razie chodź ze mną. Zobaczymy, gdzie będzie problem.
Ruszyłyśmy razem w stronę sceny. Nie pytałam co dwa kroki, czy na pewno wszystko w porządku. Nie proponowałam trzymania torby ani pchania wózka. Po prostu szłam obok i słuchałam, kiedy mówiła, że przejście przy drzwiach jest za wąskie albo że jeden kabel leży tak, że ktoś może o niego zahaczyć.
Przy rampie zatrzymała się i spojrzała na jej krawędź.
- Tu jest dobrze - powiedziała. - Tylko trzeba pilnować, żeby później ktoś nie postawił tam skrzyni.
- Mogę powiedzieć technikom.
- Możesz. Ale nie musisz ich straszyć.
- Nie straszyłam ich wczoraj.
- Nie powiedziałam, że straszyłaś.
- Ale pomyślałaś.
- Trochę.
- Tu jest dobrze? - spytałam jeszcze raz.
- Luna... - Karolina spojrzała na mnie.
- Już nic nie mówię.
- Dobrze. Bo jeśli jeszcze raz zapytasz, czy na pewno, każę ci samej przejść tędy z pudłem rekwizytów.
- To chyba uczciwe.
Karolina uśmiechnęła się lekko.
- Możesz tylko powiedzieć technikowi o tym kablu.
Poszłam po niego. Tym razem nie próbowałam wszystkiego załatwić sama. Wystarczyło wskazać problem i poprosić o pomoc. Kiedy wróciłam, Zoha stała przy scenie i rozmawiała z jednym z organizatorów. Mówiła coś szybko i stanowczo, pokazując na boczne wejście. Nie znałam całej rozmowy, ale po minie mężczyzny widać było, że słucha.
- Co się stało? - spytałam, kiedy skończyła.
- Chciał ustawić stolik dokładnie przed przejściem.
- I?
- I już nie chce.
- Jak to zrobiłaś?
- Powiedziałam, że jak postawi go tam jeszcze raz, to sama mu go przeniosę. Chyba nie chciał się o tym przekonać.
- To nie brzmi jak prośba.
- Bo nią nie była.
Pani Aneta zawołała ją z drugiej strony sali. Zoha ruszyła bez pośpiechu, jakby właśnie nie wygrała małej bitwy o kawałek podłogi. Zazdrościłam jej czasem tej pewności. Nie tego, że zawsze miała rację - bo często twierdziła, że ma, nawet kiedy nie miała - tylko tego, że potrafiła powiedzieć, czego chce, bez układania w głowie pięciu wersji i przepraszania za każdą z nich. Próba Małgosi zaczęła się chwilę później. Weszła na scenę z mikrofonem w ręku i zmieniła tekst zapowiedzi w ostatniej chwili. Pani Aneta próbowała jej przypomnieć, co ustaliłyśmy dzień wcześniej, ale Gosia tylko pokręciła głową.
- Będzie lepiej po mojemu.
- A jaki jest twój pomysł? - spytałam.
- Zobaczysz.
Stanęła przed mikrofonem, spojrzała na pustą salę i zaczęła mówić. Przez pierwsze zdanie jej głos był trochę cichszy, niż powinien. Potem nabrał pewności. Nie było w nim tremy, którą wszyscy jej przypisywali. Była za to radość, taka czysta i zaraźliwa, że nawet Bartek przestał rozplątywać kable i uniósł głowę. Kiedy skończyła, rozległy się brawa.
Gosia ukłoniła się, jakby sala była pełna ludzi.
- Mówiłam - powiedziała, schodząc ze sceny.
- Było super - przyznałam.
- Wiem.
- Skromność też masz dopracowaną. - Zoha klasnęła.
- To nie był komplement.
- Ale zabrzmiał jak komplement.
Pani Aneta zaśmiała się cicho i poprosiła nas, żebyśmy wróciły do przygotowań. Miałam właśnie odnieść kartki do stolika organizatorów, kiedy usłyszałam znajomy głos.
- Udało się przesunąć skrzynię.
Odwróciłam się.
Tom stał kilka kroków dalej. Bez czapki wyglądał trochę inaczej, ale rozpoznałam go od razu. Miał na sobie ciemną bluzę i trzymał w ręku butelkę wody. Nie wyglądał już jak ktoś, kto próbuje dostać się na scenę, tylko jak zwykły chłopak, który przyszedł za wcześnie i nie wie, gdzie ma stanąć.
- Tak. Jak widać, i świat się przez to nie zawalił.
- A ty nadal taka miła.
- Mówiłam. Tylko kiedy ktoś blokuje przejście.
Przez moment mierzył mnie wzrokiem. Nie nieprzyjemnie, raczej z zaciekawieniem, jakby próbował zdecydować, czy żartuję, czy naprawdę nie robi na mnie wrażenia.
- To ty jesteś Luna - powiedział.
- Wczoraj już się przedstawialiśmy.
- Wiem. Sprawdzam, czy pamiętam.
- I?
- Pamiętam. - Ktoś zawołał go z korytarza. Tom odwrócił głowę, ale zanim odszedł, spojrzał jeszcze na mnie.
- Do zobaczenia później.
- Zobaczymy.
- To brzmi obiecująco - tym razem uśmiechnął się szerzej.
- Jeszcze zobaczymy - odszedł, zanim zdążyłam wymyślić odpowiedź, która nie brzmiałaby jak odpowiedź osoby, która za długo myśli o tym, co powiedzieć.
Stałam przez chwilę z kartkami w ręku. Nie wiedziałam, czy bardziej denerwowało mnie to, że był taki pewny siebie, czy to, że część mnie chciała, żeby jeszcze coś powiedział.
- Luna! - zawołała pani Aneta.
Drgnęłam.
- Już idę!
Niedługo później przy scenie zrobiło się zamieszanie. Ktoś przyniósł nowy stojak na mikrofon, ale brakowało mu jednego pokrętła. Zoha podeszła pomóc, zanim zdążyłam ją zawołać. Chwyciła za rurę, żeby przytrzymać stojak, podczas gdy technik poprawiał podstawę.
- Ostrożnie - odezwał się ktoś obok niej. Zoha odwróciła głowę.
Chłopak w okularach wskazał na metalowy zacisk.
- Może się złożyć.
- Wiem - powiedziała. - Trzymam go.
- To dobrze.
- A ty jesteś? - spytała, chociaż dobrze wiedziała kim jest ten chłopak.
- Gustav.
Zoha na moment zamilkła. Nie na długo, ale wystarczająco, żebym to zauważyła.
- Zoha - przedstawiła się, po czym natychmiast dodała: - Nie musisz zapamiętywać.
- Spróbuję.
- Po co?
Gustav uśmiechnął się lekko. Żeby następnym razem wiedzieć, komu podziękować za uratowanie mikrofonu dla Billa.
- To nie ja go ratuję, tylko ten pan. Ja tylko trzymam.
- I pilnujesz, żeby się nie złożył.
- Właśnie.
Technik dokręcił zacisk, a Zoha puściła stojak. Gustav podziękował jej skinieniem głowy i wrócił w stronę sceny. Zoha stała jeszcze chwilę, patrząc za nim.
- Co? - spytałam, kiedy znalazłam się obok.
- Nic.
- Znam to „nic”.
- To dobrze.
- Był miły.
- Kto?
- Nikt.
- Aha.
- Nie zaczynaj.
- Ja nic nie mówię.
- Właśnie dlatego zaczynasz. - odeszła, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
Kiedy wydarzenie się rozpoczęło, sala wypełniła się ludźmi. Z korytarza dochodził szum rozmów, śmiech i skrzypienie krzeseł przesuwanych po podłodze. Za kulisami ktoś poprawiał Małgosi bluzkę, ktoś szukał brakującego rekwizytu, a pani Aneta sprawdzała kolejność występów.
Gosia stała przy wejściu na scenę i poruszała ustami, powtarzając swoją zapowiedź. Nie wyglądała na przestraszoną. Raczej na podekscytowaną, jakby czekała na moment, w którym będzie mogła wreszcie wyjść przed ludzi i zrobić swoje.
- Wszystko dobrze? - spytałam.
- Tak.
- Na pewno?
- Luna.
- Dobra. Już nic.
- Będę mówić po swojemu.
- Wiem.
- I nie będziesz mi podpowiadać?
- Nie będę.
- Nawet jak zapomnę?
- Nawet jak zapomisz.
- Obiecujesz? - Popatrzyła na mnie uważnie.
Przez sekundę wyglądała, jakby sprawdzała, czy mówię serio. Potem skinęła głową i wróciła do powtarzania tekstu. Kiedy wyszła na scenę, zniknęła za światłem reflektorów. Stałam z boku, za zasłoną, i czułam, jak ściska mi się żołądek, chociaż to nie ja miałam mówić do ludzi. Głos Gosi rozległ się nad salą. Najpierw trochę niepewnie, potem coraz mocniej.
Nie pomyliła się.
Nie spojrzała w moją stronę ani razu.
Kiedy skończyła, sala odpowiedziała jej brawami. Małgosia ukłoniła się szeroko, z tym swoim uśmiechem, który zawsze pojawiał się wtedy, kiedy była naprawdę szczęśliwa. Poczułam, jak ciepło rozlewa mi się pod żebrami. Byłam z niej dumna. I trochę zawstydzona, że wcześniej tak bardzo chciałam ją poprawiać.
Za kulisami Gosia od razu podbiegła do nas.
- I jak?
- Świetnie - powiedziałam.
- Wiedziałam.
- Oczywiście, że wiedziałaś.
Zoha objęła ją ramieniem.
- Następnym razem możesz powiedzieć, że wystąpisz na koncercie zamiast robić ten swój tajemniczy uśmieszek.
- Ale wtedy nie byłoby niespodzianki.
- To nie była niespodzianka. To było czekanie.
- Też lubię czekać.
- Nikt nie lubi czekać.
- Ja lubię.
- Dobra, koniec. Idź się napić wody, gwiazdo.
Gosia posłuchała, ale po drodze jeszcze raz pomachała komuś z publiczności.
Po występie odniosłam kartki do stolika organizatorów. Jedna z nich wyślizgnęła mi się z ręki i opadła na podłogę. Schyliłam się po nią w tej samej chwili co chłopak stojący obok.
- Proszę - powiedział, podając mi kartkę.
- Dzięki.
- Twoja siostra występowała przed chwilą, prawda? Ta z mikrofonem?
- Tak. Małgosia.
- Świetnie sobie poradziła.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Zamiast tego poprawiłam plik kartek, chociaż wcale tego nie potrzebował.
- Jestem Georg - dodał. Dopiero wtedy rozpoznałam go ze zdjęcia na plakacie.
- Luna - powiedziałam, wskazując swoją plakietkę.
- Widziałem wczoraj, jak pilnowałaś przejścia przy rampie. Tom później o tym opowiadał.
- Mam nadzieję, że nie przedstawił mnie jako tej, która nie chciała go przepuścić.
- Powiedział, że nie dałaś mu przejść.
- Bo zastawił przejście.
Georg uśmiechnął się lekko.
- Brzmi jak ważny szczegół.
- Najważniejszy.
Zaśmiał się cicho. W jego obecności rozmowa płynęła jakoś łatwiej. Nie musiałam pilnować każdego słowa ani wymyślać odpowiedzi, która zrobi na nim wrażenie. Ktoś zawołał go od strony sceny.
- Muszę iść. Powodzenia z resztą dnia, Luna.
- Dzięki. Tobie też.
Kiedy odszedł, wróciłam do listy, chociaż przez moment wcale nie pamiętałam, co miałam na niej sprawdzić.
Komentarze
Prześlij komentarz