Rozdział 2. Nie wszystko da się rozpisać
Kiedy wysiadłyśmy na naszym przystanku, deszcz zdążył zmienić się w coś pomiędzy mżawką a upartym kapaniem. Nie padało na tyle mocno, żeby otworzyć parasol, ale wystarczająco, żeby po kilku minutach mieć mokre włosy i poczucie, że pogoda robi to specjalnie. Małgosia wyskoczyła z autobusu pierwsza.
- Jak myślicie, w hotelu będzie telewizor?
- Nie jedziemy tam oglądać telewizji - przypomniałam.
- A jak będzie, to co? Mam go nie włączać?
- Możesz. Tylko nie pakuj go do walizki.
- Bardzo śmieszne.
Zoha ruszyła przed siebie, omijając kałużę, która zajmowała niemal cały chodnik.
- Ja bym się bardziej martwiła, czy w tym hotelu będzie coś do jedzenia.
- Będzie śniadanie - powiedziałam. - Pani Aneta mówiła, że noclegi są zorganizowane.
- Śniadanie to nie jest odpowiedź na pytanie, czy będzie coś dobrego.
- Nie wiem. Może bułki.
- Jeśli będą suche, oficjalnie odmawiam udziału w wydarzeniu.
- Zapiszę w dokumentach: Zoha nie jedzie, bo bułki były suche.
- Wpisz też, że próbowałaś mnie przekupić.
Małgosia szła kilka kroków przed nami i udawała, że nie słyszy. Znałam ten jej chód. Oznaczał, że już urządza sobie w głowie cały wyjazd, łącznie z tym, gdzie usiądzie w pociągu i czy będzie można zabrać aparat na koncert. Ja też próbowałam coś sobie wyobrazić. Warszawę. Wielką salę. Światła, muzykę, tłum ludzi, których nie znałam. I tych czterech chłopaków ze zdjęcia, którzy wciąż byli dla mnie głównie twarzami z plakatu. Gosia znała ich piosenki na pamięć, Zoha udawała, że wcale jej nie interesuje, który z nich ma najładniejszy uśmiech, a ja… Ja wysłałam wiadomość.
Tyle.
Jedno krótkie zdanie, które teraz wydawało mi się podejrzanie podobne do decyzji. „Chciałabym pojechać”. Bez gwiazdki, bez przypisu, bez dopisanej na końcu listy powodów, dla których może jednak nie. Telefon zawibrował w kieszeni. Wyciągnęłam go tak szybko, że prawie upuściłam. Od pani Anety.
„Dzięki, Luna. Cieszę się. Jutro pogadamy o szczegółach, bo na razie sama wiem niewiele. Dajcie znać, jak będzie zgoda mamy dla Zohy i Gosi.”
Przeczytałam wiadomość raz. Potem drugi.
- No i? - zapytała Zoha, zaglądając mi przez ramię.
- Jutro pogadamy o szczegółach.
- Czyli jedziemy?
- Czyli jutro pogadamy o szczegółach.
- Luna, ty potrafisz z prostego „tak” zrobić zebranie komisji śledczej.
- Nie zrobiłam żadnego zebrania.
- Jeszcze.
Schowałam telefon. W brzuchu poczułam coś lekkiego i niepokojącego, jak wtedy, kiedy staje się na szczycie schodów i przez sekundę nie wiadomo, czy zaraz się schodzi, czy spada.
- Powiedziałam, że chciałabym pojechać - przypomniałam. - Nie że już spakowałam walizki.
- Wiem - odparła Zoha. - Po prostu pierwszy raz powiedziałaś, czego chcesz, zanim zdążyłaś wymyślić pięć powodów, żeby tego nie robić.
Nie odpowiedziałam. Nie dlatego, że nie miała racji. Właśnie dlatego.
***
W domu Małgosia zdjęła kurtkę i od razu pobiegła po zeszyt, w którym jak twiedziła zapisywała ważne rzeczy. Po chwili wróciła z nim pod pachą i długopisem w zębach.
- Muszę zrobić listę.
- Czego? - spytałam.
- Co zabrać.
- Gosia, wyjazd jest za kilka tygodni.
- No właśnie. Mam czas, żeby zrobić porządną listę i się spakować. - zapisała coś na pierwszej stronie.
- Aparat - przeczytała na głos. - Ubranie na występ. Płyta Tokio Hotel. Ładowarka. Druga ładowarka, gdyby pierwsza się zgubiła.
- A jeśli zgubisz obie? - spytała Zoha, wieszając kurtkę.
- To pożyczę o kogoś pożyczę.
- I po co to planować?
- Żeby wiedzieć, co trzeba pożyczyć.
Usiadłam przy kuchennym stole i wyciągnęłam książki. Miałam do zrobienia zadanie z polskiego, przeczytać kilka stron historii i odpowiedzieć na pytanie, które wyglądało na proste tylko do chwili, kiedy naprawdę próbowało się na nie odpowiedzieć. Telefon leżał obok zeszytu. Ekran był ciemny, ale i tak co chwilę zerkałam w jego stronę.
- Czekasz na kolejną wiadomość? - zapytała Zoha.
- Nie.
- Jasne.
- Nie czekam. Po prostu telefon leży obok.
- Możesz go położyć w innym miejscu.
Przesunęłam go na parapet.
- Zadowolona?
- Jeszcze jak.
Mama zajrzała do kuchni, kiedy Małgosia zaczęła opowiadać o hotelowym śniadaniu, którego jeszcze nie widziała, ale już miała na jego temat konkretne wymagania. Zoha wyjaśniła, że pani Aneta poprosiła o zgodę na wyjazd. Mama dopytała o termin, opiekunów, transport i nocleg. Nie mówiła dużo, ale chciała znać szczegóły, zanim cokolwiek podpisze. To było rozsądne. Wiedziałam o tym. Mimo wszystko, kiedy zaczęła zadawać pytania, znów w głowie otworzyła mi się lista spraw do załatwienia.
- Jutro wszystko ustalimy z panią Anetą - powiedziała Zoha, zanim zdążyłam odpowiedzieć na pytanie o plan dnia. - Na razie wiemy tyle, że jest wydarzenie i że Luna chce jechać.
Spojrzałam na nią.
- Ja nie powiedziałam, że…
- Powiedziałaś.
- Powiedziałam, że chciałabym.
- To całkiem sporo jak na ciebie.
Mama uśmiechnęła się lekko.
- W takim razie jutro dowiecie się więcej. A teraz zjedzcie coś, zanim Małgosia wpisze do zeszytu całą kuchnię.
-W zeszyt się nie zmieści - zauważyła Małgosia. - Ale mogę zrobić osobną listę jedzenia.
- Tylko bez pakowania tostera - poprosiła Zoha.
- Nie mogę nic obiecać - wzruszyła ramionami najmłodsza z sióstr.
Pomyślałam, że może właśnie tak wygląda początek czegoś nowego. Nie wielki moment z muzyką w tle ani pewność, że wszystko będzie dobrze. Raczej kuchnia, niedokończone zadanie z polskiego i trzy osoby, które już zdążyły pokłócić się o śniadanie w hotelu, do którego jeszcze nie jechałyśmy.
***
Następnego dnia w ośrodku pachniało mokrymi kurtkami i kawą, której nikt nie zdążył dopić. Pani Aneta siedziała przy biurku z kilkoma wydrukowanymi kartkami. Na jednej z nich rozpoznałam projekt plakatu. Zdjęcie zespołu było mniejsze niż na ekranie laptopa, ale i tak od razu je zauważyłam. Udawałam, że nie.
- Dostałam dziś więcej informacji - powiedziała pani Aneta. - Wyjazd jest aktualny, ale program wciąż się zmienia. Mamy wystąpić w sobotę, a w niedzielę pomagać przy warsztatach i zbiórce.
- A my? - spytała Zoha.
- Wy pomagałybyście przy przygotowaniach i przy grupie. Luna, myślałam, że mogłabyś też skontaktować się z osobą odpowiedzialną za dostępność sali. Znasz już część naszych uczestników i wiesz, na co zwrócić uwagę.
Zrobiło mi się ciepło pod kołnierzem. Nie dlatego, że zadanie było trudne. Raczej dlatego, że ktoś uznał, że mogę sobie z nim poradzić, skontaktować z kimś nieznanym, wykonać telefon.
- Jasne - powiedziałam.
Zoha zerknęła na mnie, ale tym razem niczego nie skomentowała. Pani Aneta przesunęła w naszą stronę kartkę. Był na niej wstępny plan wydarzenia, kilka nazwisk i logo organizatorów. Niżej widniała lista artystów. Tokio Hotel zajmowało na niej jedno krótkie miejsce, jakby ich obecność była po prostu kolejnym punktem programu. Dla Gosi zapewne nie była.
- Oni naprawdę przyjadą? - zapytała, próbując brzmieć spokojnie. Nie wyszło.
- Tak. Ale pamiętajcie, że to wydarzenie, nie prywatne spotkanie z zespołem - powiedziała pani Aneta. - Będziemy mieć swoje obowiązki.
- Wiemy - odparła Zoha. Jej ton był tak poważny, że aż na nią spojrzałam.
- Co? - szepnęła. - Umiem się zachować.
- Oczywiście.
- Umiem.
- Wierzę ci.
- Nie wierzysz.
- Ani trochę.
Pani Aneta wróciła do omawiania planu. Słuchałam uważnie, zapisywałam godziny, miejsca i nazwiska. Próbowałam skupić się na tym, co naprawdę miało znaczenie: dostęp do sali, ustawienie krzeseł, transport, próba, lista uczestników. Rzeczy konkretne. Rzeczy, które dało się rozpisać.
A jednak mój wzrok co chwilę wracał do plakatu.
Do jednego z chłopaków, którego imię znałam, chociaż nie umiałabym powiedzieć, skąd właściwie je pamiętam.
Tom.
Wydawał mi się znajomy w ten dziwny sposób, w jaki znajome bywają twarze z cudzych snów. Patrzyłam na niego sekundę za długo, po czym szybko odwróciłam wzrok, jakbym przyłapano mnie na czymś nieprzyzwoitym.
- Wszystko jasne? - zapytała pani Aneta.
- Tak - odpowiedziałam.
I tym razem prawie mówiłam prawdę.
Komentarze
Prześlij komentarz