Rozdział 5. Ze wszystkich świateł
Kartki w końcu trafiły na właściwy stolik. Sprawdziłam listę jeszcze raz, chociaż przed chwilą sprawdzałam ją już dwa razy. Nazwiska się zgadzały, kolejność występów też. Wszystko było na miejscu.
Prawie wszystko.
- Luna, możesz na chwilę? - Pani Aneta wychyliła się zza kulis. - Karolina pyta, czy da się przesunąć jej miejsce bliżej sceny. Zaczyna się występ zespołu.
Spojrzałam na salę. Ludzie zajmowali już niemal wszystkie krzesła, a przy bocznej ścianie kilku spóźnionych próbowało znaleźć sobie miejsce. Karolina siedziała przy pierwszym rzędzie, obok pustego krzesła, które ktoś przestawił tak, że częściowo blokowało przejście.
- Jasne. Zaraz sprawdzę.
Podeszłam do niej, tym razem nie z gotowym planem, tylko z pytaniem.
- Chcesz zostać tutaj, czy wolisz bliżej sceny?
- Bliżej, jeśli jest taka możliwość. Ale nie chcę, żebyś robiła z tego operację wojskową.
- Nie miałam takiego zamiaru.
- Luna.
- Dobra. Może trochę miałam.
Uśmiechnęła się.
- Tam, przy boku sceny, byłoby dobrze. Byle nie zasłaniać przejścia.
Rozejrzałam się. Przy scenie stały dwa wolne krzesła, ale jedno z nich zajmował plecak. Zabrałam go i zaniosłam do stolika organizatorów. Potem wróciłam do Karoliny i pomogłam jej ustawić się w miejscu, które sama wskazała.
- Lepiej?
- Zdecydowanie.
- To dobrze.
- I nie pytaj, czy na pewno.
- Wcale nie miałam zamiaru.
- Miałaś.
Miała rację. Zostawiłam ją w spokoju i wróciłam na bok sali.
Wiedziałam, że powinnam jeszcze sprawdzić przejście, zerknąć na listę uczestników i upewnić się, że pani Aneta ma wszystkie identyfikatory. Zrobiłam to. Potem sprawdziłam wszystko jeszcze raz, bo koncert miał się zacząć lada chwila, a w takich momentach miałam wrażenie, że jeśli przestanę się czymś zajmować, zaraz coś pójdzie nie tak. Tylko że nic się nie działo.
Przejście było wolne. Karolina siedziała w dobrym miejscu. Małgosia nie zgubiła aparatu. Zoha nie kłóciła się z nikim o stolik. Mogłam przez chwilę po prostu stać. Nie byłam pewna, czy umiem.
Światła przygasły. Przez moment publiczność ucichła, jakby wszyscy jednocześnie wzięli wdech. Potem rozległy się pierwsze dźwięki i sala eksplodowała krzykiem. Małgosia poderwała się na palce, próbując zobaczyć scenę ponad głowami. Zoha znalazła się tuż obok niej i też patrzyła w stronę świateł.
- Myślałam, że nie będziesz się tak ekscytować - krzyknęłam jej do ucha.
- Wcale się nie ekscytuję.
- Jasne.
- Po prostu jest głośno.
- Oczywiście, chodzi tylko o to.
Nie odpowiedziała. Nie musiała. Jej oczy i tak co chwilę uciekały w stronę sceny.
Bill wszedł na nią jako pierwszy. Nie musiałam znać jego piosenek, żeby zauważyć, jak szybko przyciągnął uwagę całej sali. Złapał mikrofon i uniósł go do ust, a tłum odpowiedział mu kolejnym krzykiem. Był w tym jakiś rodzaj pewności, której nie dało się udawać. Jakby scena nie była miejscem, na które wyszedł, tylko czymś, co od początku należało do niego.
Po jego lewej stronie Tom poprawił pasek gitary. Nie wyglądał już jak chłopak, który wczoraj zastawił przejście skrzynią. Na scenie poruszał się swobodnie, ale nie w taki sam sposób jak Bill. Nie szukał spojrzeń publiczności. Skupiał się na instrumencie, na tym, co działo się obok, na rytmie, który zdawał się znać lepiej niż własne kroki.
Georg stał nieco dalej z basem przewieszonym przez ramię. Było w nim coś spokojniejszego - nie znikał na scenie, ale też nie próbował zagarniać jej dla siebie. Kiedy spojrzałam w jego stronę, uśmiechał się do kogoś pod sceną, jakby na chwilę zapomniał, że patrzy na niego kilkaset osób.
Gustav siedział za perkusją z pałeczkami w dłoniach. Z tej odległości prawie nie było widać jego twarzy, tylko ruch ramion i szybkie uderzenia, które prowadziły całą piosenkę. Nie znałam nazw tych wszystkich instrumentów ani nie umiałam rozpoznać, kiedy ktoś zagrał coś szczególnie trudnego. Wiedziałam tylko, że kiedy Gustav przestawał uderzać, cała muzyka wydawała się nagle zawieszona w powietrzu.
Nie znałam ich dobrze. Znałam może kilka zdjęć i parę nazw. Nie rozumiałam, dlaczego ludzie pod sceną śpiewali tak, jakby każda piosenka opowiadała właśnie o nich. Ale kiedy muzyka ruszyła, coś we mnie zamilkło.
Przez chwilę nie myślałam o liście, identyfikatorach ani o tym, czy ktoś mnie o coś poprosi. Stałam z boku sali, trochę za zasłoną, trochę na widoku, i pozwoliłam, żeby dźwięk przeszedł przeze mnie od początku do końca.
Podłoga drżała pod stopami. W powietrzu mieszał się zapach kurzu, rozgrzanych reflektorów i czyichś perfum. Ludzie obok mnie skakali, klaskali, śmiali się. Małgosia śpiewała razem z Billem bez żadnego skrępowania, choć czasem gubiła słowa i zastępowała je głośnym „aaa”. Zoha udawała, że tylko pilnuje siostry, ale uśmiechała się częściej niż zwykle. Na moment nasze spojrzenia się spotkały. Zoha uniosła brwi, jakby chciała zapytać, czy już rozumiem, po co wszyscy tak wariują.
Wzruszyłam ramionami. Nie rozumiałam. Ale chyba zaczynałam.
Miałam pilnować, żeby przejście pozostało wolne. Przypomniałam sobie o tym, gdy ktoś z tyłu sali zaczął przeciskać się w stronę bocznego korytarza. Wystarczyło kilka osób, żeby miejsce, które przez cały dzień pilnowaliśmy, nagle przestało być wolne.
Podeszłam do nich.
- Przepraszam, tędy nie można. To wyjście dla uczestników i obsługi.
Chłopak z aparatem nawet na mnie nie spojrzał.
- Tylko na chwilę.
- Nie! Proszę wrócić na salę.
- Chcę zrobić zdjęcie.
- Rozumiem, ale stąd nie wolno.
Powiedziałam to spokojnie. Przynajmniej próbowałam. W środku już zaczynałam układać kolejne zdania, każde coraz bardziej stanowcze. Bałam się, że jeśli powiem coś za ostro, ktoś uzna mnie za niemiłą. Bałam się też, że jeśli nie powiem nic, za chwilę cały korytarz będzie zastawiony ludźmi.
Nie lubiłam, kiedy trzeba było wybrać, kogo rozczarować.
- Luna? - usłyszałam za sobą.
Odwróciłam się. Zoha wyszła zza kulis i stanęła obok mnie.
- Co jest?
- Pan chce przejść.
Spojrzała na chłopaka.
- Słyszałeś, co powiedziała. Tędy nie.
- Ale ja tylko...
- Wszyscy tylko.
Powiedziała to tak zwyczajnie, że chłopak w końcu westchnął i odszedł z powrotem w stronę sali.
- Poradziłabym sobie sama - rzuciłam, kiedy zostałyśmy same.
- Wiem.
- Naprawdę.
- Wiem, Luna.
- Po prostu...
- Po prostu nie chciałaś być dla niego niemiła, chociaż to on nie słuchał.
Popatrzyłam na nią.
- Nie musisz mówić wszystkiego, co myślisz.
- Wiem. Ale czasem mówię.
Zoha wróciła na swoje miejsce, a ja zostałam przy przejściu. Serce wciąż biło mi szybciej, jakbym to ja właśnie przebiegła przez całą salę. Znowu pomyślałam, że Zoha potrafi robić rzeczy, które mnie przerastały, a potem zachowywać się tak, jakby nic się nie stało.
Muzyka nie przestawała grać.
Zespół był już przy kolejnych utworach, a ja coraz rzadziej spoglądałam na zegarek. Bill biegał po scenie z mikrofonem, raz stawał na jej brzegu, raz odwracał się do reszty chłopaków. Tom grał, pochylony nad gitarą, i czasami podnosił głowę, kiedy Georg zbliżał się do niego z drugiej strony. Ich spojrzenia spotykały się na ułamek sekundy, jakby porozumiewali się bez słów.
Gustav nie odrywał się od rytmu. Nie wyglądał na kogoś, kto chce być w centrum uwagi, ale bez niego cała ta scena nie brzmiałaby tak samo. Dopiero teraz zrozumiałam, że zespół nie składa się z jednej osoby i trzech chłopaków stojących obok. Każdy robił coś innego. Każdy trzymał w rękach kawałek tej samej piosenki. Zoha stanęła na palcach, żeby lepiej widzieć Gustava.
- Chcesz podejść bliżej? - spytałam.
- Nie.
- Wyglądasz, jakbyś chciała.
- Wyglądam normalnie.
- Jasne.
- Po prostu stąd dobrze go widać.
- Oczywiście.
- Luna, nie zaczynaj.
- Nic nie mówię.
- Właśnie dlatego zaczynasz. - Odwróciła się z powrotem do sceny. Tym razem nie skomentowałam.
Po kilku piosenkach zrobiło się naprawdę gorąco. Ludzie pod sceną napierali na siebie, a ktoś z tyłu znów próbował przecisnąć się w stronę bocznego przejścia. Tym razem poradziłam sobie sama, wystarczyła mi krótka, stanowcza prośba. Chłopak spojrzał na mnie, zawahał się, ale cofnął.
Przez sekundę poczułam dumę. Małą, nieśmiałą, taką, której nie chciałam nikomu pokazywać.
Kiedy publiczność zaczęła skandować, dołączyła do niej także Małgosia. Zoha coś jej powiedziała, ale dziewczyna tylko machnęła ręką. Stała na palcach i śmiała się, nie przejmując się ani trochę tym, że ktoś mógłby uznać ją za zbyt głośną. Pomyślałam, że chciałabym umieć tak robić.
Nie zastanawiać się, czy wolno mi się cieszyć. Nie sprawdzać, czy komuś nie przeszkadzam. Po prostu być tam, gdzie akurat chciałam być. Kiedy zespół zszedł ze sceny, sala odpowiedziała falą krzyków i oklasków. Światła rozbłysły na nowo, ale ludzie jeszcze przez chwilę nie chcieli uwierzyć, że to koniec. Małgosia klaskała nad głową. Zoha gwizdnęła tak głośno, że aż się na nią obejrzałam.
- Co? - zapytała.
- Nic.
Chłopaki wrócili na scenę na jeszcze jeden utwór. Bill uniósł mikrofon, a tłum znów ruszył jak fala. Tom wszedł w riff, Georg dołączył do niego basem, a Gustav odliczył rytm uderzeniem pałeczek. Tym razem nie próbowałam zgadywać, co zaraz się wydarzy. Po prostu słuchałam.
Kiedy ostatni dźwięk wybrzmiał, sala odpowiedziała kolejnym krzykiem i oklaskami. Zespół ukłonił się, a potem zniknął za kulisami. Publiczność jeszcze długo wołała ich imiona, jakby od tego zależało, czy wieczór naprawdę się skończy.
- Gosia zaraz chyba straci głos - powiedziałam, kiedy w końcu do nas dołączyła.
- Nie stracę.
- Brzmisz, jakbyś już trochę go straciła.
- To przez śpiewanie.
- Właśnie.
- Było cudownie - oznajmiła i przycisnęła aparat do piersi. - Mam zdjęcia.
- Pokażesz potem?
- Oczywiście.
- Pij, gwiazdo. - Zoha podała jej wodę.
- Nie przyzwyczajaj się.
- Za późno.
Pani Aneta podeszła do nas z plikiem identyfikatorów.
- Dobra robota. Jeszcze musimy pomóc przy sprzątaniu i sprawdzić, czy wszyscy mają transport. Potem możecie odpocząć.
- Odpocząć? - Małgosia spojrzała na nią podejrzliwie. - Tak po prostu?
- Tak po prostu.
- To brzmi podejrzanie.
Zabrałam kilka identyfikatorów i ruszyłam w stronę stolika. Sala powoli pustoszała. Na podłodze zostały papierowe kubki, ulotki i konfetti, które ktoś rozsypał przy scenie. Muzyka ucichła, ale jeszcze długo czułam ją w uszach.
- Tym razem nie zastawiam przejścia - odezwał się Tom.
Stał przy wejściu na korytarz, już bez gitary, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię. Wyglądał na zmęczonego, ale wciąż miał ten sam lekki uśmiech.
- To dobrze. Nie chciałabym znowu musieć cię upominać.
- A gdybym jednak zastawił?
- To znowu bym się zdenerwowała.
- Konsekwentna jesteś.
- Staram się.
Przez chwilę patrzył na mnie tak, jakby chciał coś dodać. Potem jego wzrok przesunął się za moje ramię, na salę.
- Twoja siostra świetnie sobie radziła na scenie.
- Małgosia? Ona uwielbia takie rzeczy.
- Widać.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Zamiast tego poprawiłam identyfikatory w ręku.
- A ty? Podobał ci się koncert? - zapytał.
Mogłam powiedzieć, że tak. Mogłam też udawać, że nie zauważyłam, jak bardzo mi się podobało.
- Było głośno.
- To chyba dobrze.
- Chyba.
- Nadal nie wiem, czy mnie lubisz.
- Nie wydaje mi się, żebym miała taki obowiązek.
- Nie masz. - Zaśmiał się pod nosem.
Ktoś zawołał go z korytarza. Tom odwrócił głowę.
- Muszę iść.
- To idź.
- Do zobaczenia, Luna.
- Możliwe.
Tym razem nie zdążył odpowiedzieć. Zniknął za kulisami, a ja ruszyłam w stronę stolika, powtarzając sobie, że ta rozmowa nie znaczyła nic szczególnego.
W końcu nadal miałam do rozdania identyfikatory i salę do posprzątania.
Tylko że przez resztę wieczoru muzyka nie chciała ucichnąć. Ani w moich uszach, ani w myślach.
Komentarze
Prześlij komentarz