Rozdział 3. Nie wszystkie spotkania zaczynają się dobrze

Przez następne tygodnie Warszawa nie dawała mi o sobie zapomnieć. Myśl o niej leżała gdzieś między zeszytem od historii a kubkiem z niedopitą herbatą, między sprawdzianem z polskiego a kolejnymi listami, które pani Aneta prosiła nas przygotować. Pojawiała się w rozmowach przy kolacji, w pytaniach Małgosi o hotelowe śniadanie i w uwagach Zohy, że jeśli jeszcze raz usłyszy, jak liczę uczestników, sama dopisze mnie do listy jako osobną grupę. 
Próbowałam nie myśleć o tym za dużo. To znaczy, próbowałam nie myśleć o Tokio Hotel. O samym wyjeździe myślałam bez przerwy.
Pani Aneta wysłała nam kilka wiadomości z informacjami. Program wydarzenia zmieniał się dwa razy, potem jeszcze raz, bo jedna z grup musiała przesunąć występ. Nasza rola też nie była do końca jasna. Raz miałyśmy pomagać przy przygotowaniu sali, innym razem przy warsztatach. Ostatecznie ustalono, że w sobotę wystąpi nasza grupa teatralna, a w niedzielę będziemy pomagać przy warsztatach i zbiórce. 
Zgody mamy dotarły do pani Anety. Transport i noclegi były zorganizowane. Wszystko miało swój termin, swoje miejsce i swój punkt w planie.
Wszystko poza moim stresem.
W piątek obudziłam się jeszcze przed budzikiem. Przez chwilę leżałam nieruchomo, wpatrując się w szary sufit. Za oknem Białystok dopiero przecierał oczy. Ulice były mokre po nocnym deszczu, a światło poranka miało kolor rozcieńczonego mleka. Spakowana torba stała przy drzwiach. Sprawdzałam ją już dwa razy, ale i tak miałam wrażenie, że czegoś zapomniałam.

- Masz dokumenty? - zawołała Zoha z korytarza.

- Tak.

- Zgody?

- Tak.

- Szczoteczkę?

- Też.

- Mnie?

- Zohę też mam na liście.

- To dobrze.

Gosia czekała przy drzwiach już w kurtce i z aparatem przewieszonym przez ramię. Wyglądała, jakby miała za chwilę odjechać na koniec świata, nie do Warszawy. W dłoni trzymała swój zeszyt z listą.

- Sprawdziłaś wszystko? - spytałam.

- Tak.

- Aparat?

- Jest.

- Ładowarka?

- Jest.

- Płyta?

- Jest.

- A druga ładowarka, na wypadek gdyby…

- Luna - przerwała mi Zoha. - Ona ma swoją listę. Ty masz swoją. Możecie obie przestać się nawzajem kontrolować?

Zamknęłam usta.
To był dopiero początek dnia, a już ktoś musiał mi przypomnieć, że nie jestem kierowniczką całego świata. Chociaż może właśnie dlatego tak często sprawdzałam, czy wszyscy mają bilety i czy nikt nie zapomniał dokumentów. Jeśli ja tego nie zrobię, to kto? Nie. Zoha miała rację. Ktoś inny też potrafił pamiętać.

***

Na dworcu pachniało mokrymi płaszczami, kawą i czymś słodkim z piekarni. Pani Aneta stała przy wejściu na peron z teczką pod pachą i telefonem przy uchu. Kiedy nas zobaczyła, uniosła wolną rękę na powitanie.

- Wszystkie są? - zapytała, kończąc rozmowę.

- Są - odpowiedziała Zoha. - I nikt jeszcze nie zgubił ładowarki.

- Dzień się dopiero zaczął, wszystko przed nami - powiedziała Małgosia.

Pani Aneta uśmiechnęła się i sprawdziła listę. Obok nas zbierała się reszta grupy. Bartek dźwigał pudło z rekwizytami, Karolina poprawiała szalik, a pani Aneta przypominała wszystkim, żeby trzymali bilety pod ręką i nie oddalali się bez uprzedzenia.
Peron stopniowo zapełniał się ludźmi. Ktoś biegł z kubkiem w jednej ręce i walizką w drugiej, ktoś żegnał się z rodziną, ktoś próbował przekrzyczeć komunikat z głośników. Zawsze wyobrażałam sobie podróż jako początek przygody. W rzeczywistości zaczynała się od sprawdzania numeru wagonu i zastanawiania, czy na pewno zabrałam portfel.
W pociągu usiadłyśmy przy oknie. Małgosia od razu zaczęła opowiadać o teatrze, do którego chciałaby kiedyś pójść w Warszawie. Zoha udawała, że przegląda gazetę, ale co jakiś czas zerkała na okładkę płyty Tokio Hotel, którą Gosia wyjęła z torby.

- Możesz po prostu powiedzieć, że chcesz jej posłuchać - zauważyła Gosia.

- Nie chcę.

- To czemu patrzysz?

- Bo leży na stoliku.

- Jest w mojej torbie.

- No właśnie. Na stoliku w twojej torbie.

Parsknęłam śmiechem. Za oknem przesuwały się pola, małe stacje i domy, które migały między drzewami. Próbowałam wyobrazić sobie Warszawę, ale pociąg kołysał mnie do tego stopnia, że myśli rozłaziły się po głowie jak luźne kartki.
Miałam pilnować listy uczestników, pomóc przy ustawieniu krzeseł i skontaktować się z osobą odpowiedzialną za dostępność sali. To wszystko było konkretne. Do zrobienia. Dało się odhaczyć.
Nie dało się natomiast odhaczyć myśli o tym, że w tym samym budynku będą chłopcy z plakatu.
Tokio Hotel.
Powtarzałam sobie, że to nie ma znaczenia. Mieliśmy swoje zadania, oni swoje. Wielka sala, kilka godzin pracy, występ, zbiórka. Żadnych rozmów, żadnych spotkań, żadnych powodów, żeby zachowywać się dziwnie i wyjść na nienormalną. Miałam nadzieję, że mój mózg przyjmie tę wersję.
Nie przyjął.

- Znowu patrzysz przez okno, ale niczego nie widzisz - zauważyła Zoha.

- Widzę pola.

- Od dwudziestu minut te same pola?

- Może są ciekawe.

- Nie są.

Odwróciłam się do niej.

- A ty skąd wiesz, na co patrzę?

- Bo znam tę minę. Robisz ją, kiedy o czymś myślisz i udajesz, że wcale nie myślisz.

- Nie mam żadnej miny.

- Masz. Gosia, pokaż jej minę Luny.

Małgosia natychmiast zmarszczyła brwi i zapatrzyła się w niewidzialny punkt za oknem.

- O, dokładnie tak - powiedziała Zoha.

- Nie wyglądam tak.

- Wyglądasz gorzej.

- Dzięki.

- Nie ma za co.

Gosia zachichotała i wróciła do swojej płyty. Oparłam głowę o szybę. Była chłodna. Na zewnątrz miasta i drzewa przesuwały się w przeciwną stronę, jakby świat próbował mnie przekonać, że wszystko dzieje się normalnie. Tylko moje serce zachowywało się tak, jakbym jechała na coś znacznie ważniejszego niż wolontariat i koncert.

***

Warszawa przywitała nas hałasem, wiatrem i ruchem tak gęstym, że przez pierwsze minuty miałam wrażenie, jakby całe miasto spóźniało się naraz. Po drodze z dworca Małgosia przykleiła nos do szyby i komentowała mijane budynki. Zoha robiła zdjęcia telefonem, choć zarzekała się, że nie robi zdjęć.
Do ośrodka wydarzenia dotarłyśmy po południu. W środku pachniało kurzem, farbą i nagrzanym sprzętem. Ktoś przesuwał skrzynie, ktoś inny sprawdzał mikrofon, a na scenie wisiały jeszcze zwinięte przewody. Głosy odbijały się od wysokiego sufitu i mieszały ze sobą tak, że trudno było zrozumieć choć jedno zdanie. Nie było czasu na rozglądanie się.
Pani Aneta rozdała nam identyfikatory i przypomniała, gdzie mamy być. Zoha poszła z Małgosią do garderoby przygotować stroje, a ja ruszyłam za organizatorką, żeby sprawdzić przejście do sali i ustawienie miejsc dla uczestników.
Sprawdziłyśmy szerokość przejścia, miejsce na wózki i dojście do sceny. Organizatorzy byli mili, ale każdy miał coś do załatwienia, ktoś kogoś wołał, ktoś czegoś szukał. W takim zamieszaniu łatwo było uznać, że dostępność to drobiazg, który można dopracować później.

- Lepiej teraz - powiedziałam, kiedy poprosiłam, żeby przesunąć dwa rzędy krzeseł. - Jak wszyscy już usiądą, będzie trudniej.

Organizatorka spojrzała na salę, potem na mnie.

- Masz rację. Zróbmy to od razu.

Poczułam ciepło pod kołnierzem. Nie dlatego, że zadanie było trudne. Raczej dlatego, że ktoś uznał, że mogę sobie z nim poradzić. Że mogę coś zauważyć i powiedzieć to głośno, nawet jeśli oznaczało to zwrócenie komuś uwagi. To uczucie było miłe. I odrobinę przerażające.
Wszystko szło dobrze przez jakieś siedem minut.
Potem na drodze do rampy stanęła wielka czarna skrzynia na kółkach.

- Przepraszam - powiedziałam do technika, który właśnie mijał mnie z plikiem kabli. - Czy to może stąd zniknąć? Tędy będziemy przechodzić z grupą z osobami z niepełnosprawnościami.

- Zaraz ją zabierzemy - rzucił, nie zwalniając.

„Zaraz” mogło znaczyć minutę albo wieczność. Nie miałam ochoty czekać, aż ktoś wjedzie skrzynią w uczestników, więc chwyciłam za uchwyt i spróbowałam przesunąć ją sama. Drgnęła może o centymetr.

- Nie tędy - odezwał się ktoś za mną.

- Właśnie tędy - odpowiedziałam, nie odwracając się. - Dlatego proszę ją przesunąć.

- Ale ja próbuję przejść.

- To proszę spróbować inną drogą.

Zapadła cisza. Dopiero wtedy spojrzałam przez ramię. Stał za mną chłopak w szerokich spodniach, czapce z daszkiem i ciemnej kurtce. Miał ręce wsunięte w kieszenie i minę kogoś, kto nie był przyzwyczajony, że ludzie każą mu czekać.
Przez sekundę patrzyliśmy na siebie bez słowa.

- Mam wejść na scenę - powiedział.

- To tym bardziej powinieneś mieć identyfikator.

Uniósł brwi, jakby nie był pewien, czy dobrze mnie usłyszał.

- Ty wiesz, kim ja jestem?

Serce uderzyło mi mocniej, choć nie wiedziałam dlaczego. Dopiero wtedy zauważyłam jego twarz. Znajomą ze zdjęcia. Z plakatu leżącego na biurku pani Anety.
Tom.

- Wiem, że stoisz na drodze do rampy - powiedziałam. - I że zaraz ktoś będzie tędy przechodził.

Przez moment wyglądał na zaskoczonego. Potem kącik jego ust drgnął.

- Zawsze taka miła?

- Tylko kiedy ktoś blokuje przejście.

- Tom! - zawołał ktoś z końca korytarza. - Potrzebujemy cię na scenie!

Chłopak westchnął, wyjął z kieszeni identyfikator i pokazał mi go z przesadną powagą.

- Widzisz? Mam.

- Gratuluję.

- A ty?

Spojrzałam na swoją plakietkę.

- Luna.

- Luna - powtórzył, jakby sprawdzał, jak brzmi to imię.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Na szczęście nie musiałam, bo technik wrócił i pomógł mi przesunąć skrzynię. Tom minął mnie, kierując się w stronę sceny. Zatrzymał się jeszcze na moment.

- Do zobaczenia, Luna.

Nie brzmiało to jak obietnica. Raczej jak żart, który oboje mogliśmy zignorować.

- Raczej nie - odpowiedziałam.

Odwrócił głowę i uśmiechnął się pod nosem.
Zostałam przy rampie, z jedną dłonią na uchwycie skrzyni i sercem, które zupełnie niepotrzebnie przyspieszyło. Przez chwilę słyszałam tylko szum rozmów, brzęk sprzętu i własny oddech, trochę za płytki jak na osobę, która właśnie przesunęła skrzynię o pół metra.
To było tylko kilka zdań.
Nie miało żadnego znaczenia.
Powtarzałam to sobie, kiedy wracałam do sali. I jeszcze raz, kiedy Zoha zapytała, czemu wyglądam, jakbym właśnie pokłóciła się z kimś ważnym.

- Z nikim się nie pokłóciłam!

- To czemu się uśmiechasz?

Natychmiast przestałam.

- Nie uśmiecham się!

Zoha spojrzała na mnie z politowaniem.

- Jasne, Luna.

- Po prostu przesunęłam skrzynię.

- Oczywiście. A on był częścią skrzyni?

- Kto?

- Nikt. Nie znam żadnego „kto”.

Gosia podeszła do nas z aparatem.

- Co się stało?

- Nic - odpowiedziałam za szybko.

Zoha uśmiechnęła się do niej.

- Luna właśnie poznała Toma.

Małgosia otworzyła szeroko oczy.

- Tego Toma?

- Jest tylko jeden - mruknęłam.

- I jaki był?

- Zagradzał rampę.

- To nie o to pytałam.

- Wiem.

Przez salę poniósł się niski dźwięk basu, a chwilę później czyjś głos popłynął nad naszymi głowami. Próba zaczynała się na dobre. Wróciłam do swoich obowiązków, do kartek, krzeseł i listy uczestników. Miałam na czym skupić uwagę.
A jednak przez resztę popołudnia, ilekroć w korytarzu rozlegały się kroki, podnosiłam głowę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 1. Jeszcze niczego nie obiecałam

Rozdział 4. Nie patrz tak na niego

Rozdział 2. Nie wszystko da się rozpisać